Kiedy czytamy jakąś książkę, zwłaszcza „łzawą”, niejednokrotnie się wzruszamy. Gdy zobaczymy skecz kabaretu, śmiejemy się „jak myszy do sera”. To, co nas otacza, często ma na nas spory wpływ. Na nas, a raczej na nasze emocje. Nie inaczej jest z kinem – czy oglądamy horror, który nas przeraża, czy romans, który wyciska z nas ostatnie łzy – wszystko ma wpływ na nasze wnętrze. Nie od dziś jest to niepisaną zasadą twórców kina – zrodzić za pomocą filmu jak najwięcej emocji. Dlaczego? Z prostej przyczyny. Im żywiej będzie odebrany, tym więcej pieniędzy na siebie zarobi i zapewni kasowy sukces. Tak więc już od dawna kino po prostu zarabia na naszych emocjach. Stąd coraz straszniejsze thrillery, sensacje, bazujące na coraz to nowych pomysłach, by pobudzić widza do analizowania przedstawionej sytuacji zaskakującego końca, stąd nieśmiertelnie cukierkowe „happy endy” w komediach romantycznych – to obecnie ludzie chcą oglądać i to wzbudza w nich najwięcej emocji. Nie dajmy się jednak zmanipulować!