Od początku historii dziesiątej muzy, kino produkowało filmy. To była jego główna rola i forma zarobku. Gdy jednak w okolicach lat 60. i 70. w USA i Wielkiej Brytanii zaczęły powstawać pierwsze seriale, świat dosłownie oszalał na ich punkcie. Były one dedykowane przede wszystkim nie – jak filmy – elitarnym kręgom społecznym, lecz „zwykłym”, szarym obywatelom, a szczególności obywatelkom, „kurom domowym”, tak byśmy dzisiaj rzekli. Filmy zaczęły schodzić na dalszy plan, gdy w telewizji zaczęto emitować „Dynastię” czy „Dallas”. Oczywiście, nadal mnóstwo ludzi wybierało kino, nie odgrywało ono jednak już tak ważnej roli, jak kiedyś. Świat, a przede wszystkim kultura masowa również dzięki serialom zaczęła zamieniać swoje oblicze. I seriale zostały w modzie do dziś. Któż z Polaków nie obejrzał choćby jednego odcinka sagi o słynnych Mostowiakach, czy nie wpadło w trans dzięki oglądaniu zagranicznych „tasiemców”? Seriale to jakby filmy, tyle że rozciągnięte na kilkadziesiąt czy kilkaset odcinków.
Kiedy czytamy jakąś książkę, zwłaszcza „łzawą”, niejednokrotnie się wzruszamy. Gdy zobaczymy skecz kabaretu, śmiejemy się „jak myszy do sera”. To, co nas otacza, często ma na nas spory wpływ. Na nas, a raczej na nasze emocje. Nie inaczej jest z kinem – czy oglądamy horror, który nas przeraża, czy romans, który wyciska z nas ostatnie łzy – wszystko ma wpływ na nasze wnętrze. Nie od dziś jest to niepisaną zasadą twórców kina – zrodzić za pomocą filmu jak najwięcej emocji. Dlaczego? Z prostej przyczyny. Im żywiej będzie odebrany, tym więcej pieniędzy na siebie zarobi i zapewni kasowy sukces. Tak więc już od dawna kino po prostu zarabia na naszych emocjach. Stąd coraz straszniejsze thrillery, sensacje, bazujące na coraz to nowych pomysłach, by pobudzić widza do analizowania przedstawionej sytuacji zaskakującego końca, stąd nieśmiertelnie cukierkowe „happy endy” w komediach romantycznych – to obecnie ludzie chcą oglądać i to wzbudza w nich najwięcej emocji. Nie dajmy się jednak zmanipulować!
Patrząc na historię światowego czy nawet naszego krajowego kina, możemy dostrzec niemalże ogromną jego ewolucję. Jeszcze do niedawna niektóre elementy, uznawane dziś za normę, były wtedy nie do przyjęcia. Mowa przykładowo o sposobie ukazywania nagości, erotyki. Kino zawsze ukazywało ten temat – w końcu jeden z najbardziej pociągających dla człowieka – jeśli nie najbardziej. Skoro jest pociągający, to oczywiście idą za nim i konkretne pieniądze. Kilkadziesiąt lat temu ten temat traktowany był z dużą dozą ostrożności. Wiadomo – trwające jeszcze konwenanse i pewna zaściankowość nie pozwalała na zbyt duży „szok erotyczny”. Poza tym publiczność była jak najbardziej z tego rozwiązania zadowolona i niczego im nie brakowało. Co więc się stało, że dzisiejszy odbiorca ciągle chce więcej i więcej – nagości, perwersji, wręcz pornografii na ekranie? Z pewnością zmieniły się czasy – powie niejeden z nas. Jednak czasy to ludzie. Tak naprawdę nie potrafimy cieszyć się tym, co mamy.
Niejeden z nas lubi oglądać dobre filmy. Tak przynajmniej twierdzi. Właściwie modne jest stwierdzenie: „lubię obejrzeć dobry film” – dodawane nawet co cv do przyszłej pracy. Jednak co to znaczy „dobry film”? Co to za kategoria? Tak naprawdę dla każdego z nas będzie to co innego. Dla jednego dobrą będzie polska komedia czy japoński horror, dla drugiego specyficzne kino niezależne. Nie ma się jednak co oszukiwać – większość z nas zdecydowanie woli kino komercyjne od tego „ambitniejszego”. Czy takie filmy też mogą być „dobre”, mimo, że są z kategorii, powiedzmy, niszowej? Tak, mogą. Uważam jednak, że za naprawdę dobre można uznać tylko niektóre ich elementy – jak zdjęcia, muzykę czy scenografię. „Dobre” w sensie wartościowe, dobrze przygotowane, z wyczuciem i smakiem, z „ikrą”. Może niektórzy po tym zdaniu śmiertelnie się oburzą – i mają do tego prawo. Powtórzę, że każdy ma swój niezależny gust i według niego dobiera sobie własny repertuar. I bardzo dobrze, że nie jesteśmy tacy sami!
Obecnie przeglądasz archiwa dla kategorii Aktorzy.